Zelazny Roger - Znak Jednoro�ca - Rozdzia� 10

      Tratwa ksi�ycowych promieni... widmowe �wiat�o, niby ognie na czarno-bia�ych filmach... gwiazdy... kilka delikatnych pasemek mg�y...
      Wsparty o por�cz spogl�da�em ponad �wiatem... Absolutna cisza poch�on�a noc, pogr��one we �nie miasto ca�y wszech�wiat, poczynaj�c ode mnie, po wszystkie odleg�e miejsca, Amber, Arden, Garnath, latarni� morsk� na Cabrze, Gaj Jednoro�ca, m�j grobowiec na szczycie Kolviru... Nieruchome, dalekie, a przecie� wyra�nie widoczne... Spojrzenie oczu boga, albo mo�e duszy puszczonej na wolno�� i szybuj�cej wysoko... Po�r�d nocy...
      Przyby�em do miejsca, gdzie duchy bawi� si� w duchy, gdzie wr�by, znaki, zapowiedzi i o�ywione pragnienia spaceruj� po nocnych alejach i wysokich salach pa�acu Amberu na niebie, Tir-na Nog'th...
      Odwracaj�c si� plecami do por�czy i pozosta�o�ci dziennego �wiata, podziwia�em ulice i mroczne tarasy, pa�ace w�adc�w i domki ubogich... Ksi�yc w Tir-na Nog'th �wieci mocno, srebrz�c dachy wymarzonych miejsc... Z kijem w r�ku szed�em przed siebie, a upiory porusza�y si� wok�, wygl�da�y z okien, stawa�y na balkonach, tarasach, w bramach... Mija�em je niewidoczny, gdy� w istocie to ja by�em tutaj duchem dla ich substancji... Cisza i srebro... Tylko przyt�umiony stuk mego kija... Wi�cej mg�y, sun�cej ku sercu... I pa�ac, niby zamglone ognisko... Rosa, jak krople rt�ci na wypolerowanych p�atkach i �odygach kwiat�w w ogrodach obok promenady... Sun�cy po niebie ksi�yc bardziej razi oczy ni� s�o�ce w po�udnie, swym blaskiem przy�miewa gwiazdy... Srebro i cisza... L�nienie...
      Nie planowa�em przyj�cia, gdy� wr�by tego miejsca - je�li s� nimi - bywaj� oszuka�cze, a jego podobie�stwo do miejsc i zdarze� na dole budzi niepok�j. Przyby�em jednak... To cz�� mojego targu z czasem... Kiedy pozostawi�em Branda, by pod opiek� Gerarda wraca� do zdrowia, poj��em, �e sam musz� odpocz��, w dodatku tak, by nie zdradzi� swej s�abo�ci. Fiona rzeczywi�cie uciek�a i ani z ni�, ani z Julianem nie uda�o si� nawi�za� kontaktu poprzez Atuty. Gdybym powt�rzy� Benedyktowi i Gerardowi, co powiedzia� mi Brand, nalegaliby z pewno�ci�, by ich �ciga�. I z r�wn� pewno�ci� ich wysi�ki spe�z�yby na niczym.
      Pos�a�em po Randoma i Ganelona, po czym zamkn��em si� w swoich pokojach informuj�c, �e zamierzam sp�dzi� dzie� na wypoczynku i rozmy�laniach by si� przygotowa� do nocy w Tir-na Nog'th - rozs�dny plan ka�dego Amberyty, maj�cego powa�ne problemy. Nie przywi�zywa�em wi�kszej wagi do takich praktyk, ale wi�kszo�� pozosta�ych traktowa�a je powa�nie. A �e chwila by�a jak najbardziej odpowiednia dla takiej decyzji, m�j ca�odzienny odpoczynek wyda� si� czym� ca�kiem naturalnym. Oczywi�cie, zobowi�zywa�, by noc� zrealizowa� ten plan. Ale to mi nie przeszkadza�o - zyskiwa�em dzie�, noc i cz�� nast�pnego dnia, by podleczy� ran�. Czu�em, �e dobrze wykorzystam ten czas.
      Musia�em si� jednak komu� zwierzy�. Powiedzia�em Randomowi i powiedzia�em Ganelonowi. Le��c w ��ku, stre�ci�em im plany Branda, Fiony i Bleysa, a tak�e zespo�u Eryk-Julian-Caine. Powt�rzy�em, co m�wi� Brand na temat mojego powrotu i swojego uwi�zienia przez wsp�spiskowc�w. Poj�li, dlaczego pozostali przy �yciu przedstawiciele obu frakcji, czyli Fiona i Julian, znikn�li: zamierzali zebra� si�y, mo�e po to, by wyst�pi� przeciw sobie, ale raczej nie. W ka�dym razie nie zaraz. Bardziej prawdopodobne, �e jedno lub drugie spr�buje najpierw zdoby� Amber.
      - B�d� musieli wzi�� numerki i czeka� na swoj� kolejk�, tak jak wszyscy - stwierdzi� Random.
      - Niezupe�nie - odpowiedzia�em mu. - Sprzymierze�cy Fiony i potwory nadci�gaj�ce czarn� drog� to ta sama ekipa.
      - A Kr�g w Lorraine? - spyta� Ganelon.
      - Ci sami. Tak w�a�nie manifestowali si� w tamtym cieniu. Przebyli wielk� odleg�o��.
      - Wsz�dzie pe�no tych drani - mrukn�� Random.
      Kiwaj�c g�ow� usi�owa�em mu to wyja�ni�.
      ... I tak przyby�em do Tir-na Nog'th. Kiedy wzeszed� ksi�yc i widmowy wizerunek Amberu pojawi� si� na niebie, z prze�wituj�cymi przez niego gwiazdami i male�kimi punkcikami poruszaj�cymi si� na murach, czeka�em. Czeka�em z Randomem i Ganelonem, czeka�em na szczycie Kolviru, gdzie w skale wyciosano z grubsza trzy stopnie...
      Gdy dotkn�� ich promie� ksi�yca, zacz�� si� kszta�towa� zarys ca�ych schod�w, przerzuconych nad otch�ani�, a� do punktu ponad falami morza, gdzie tkwi� obraz miasta. �wiat�o ksi�yca pad�o na nie pe�nym blaskiem i schody nabra�y takiego pozoru materialno�ci, jakiego mo�na by�o oczekiwa�. Postawi�em stop� na kamieniu... Random mia� ze sob� pe�n� tali� Atut�w, a ja tak�e trzyma�em swoj� w kieszeni kurtki. Grayswandir, wykuty na tym w�a�nie kamieniu przy ksi�ycu, zachowywa� sw� moc w mie�cie na niebie. Dlatego zabra�em sw�j miecz. Wypoczywa�em ca�y dzie�, a teraz wspiera�em si� na kiju. Iluzja odleg�o�ci i czasu... Stopnie, biegn�ce poprzez ignoruj�ce Corwina niebo, poruszaj� si� jako�, gdy� wspinaczka po nich, kiedy ju� si� rozpocznie, nie jest zwyk�ym post�pem arytmetycznym.
      By�em tutaj, by�em tam, by�em w jednej czwartej drogi zanim jeszcze moje rami� zapomnia�o u�cisk d�oni Ganelona... Kiedy przygl�da�em si� uwa�nie kt�remukolwiek ze stopni, traci� sw� nieprzejrzysto�� i, niby przez p�przezroczyste szk�o, widzia�em pod nim ocean...
      Straci�em poczucie czasu, cho� potem zawsze wydaje si�, �e nie up�yn�o go wiele... Tak g��boko pod wod�, jak wkr�tce mia�em si� znale�� ponad ni�, niewyra�ny i po�yskliwy, pojawi� si� kszta�t Rebmy w�r�d morskich fal. Pomy�la�em o Moire i o tym, co si� z ni� dzieje. Co by si� sta�o z nasz� g��binow� siostr�, gdyby Amber upad�? Czy jego odbicie pozosta�oby nie naruszone w swoim zwierciadle? Czy �etony i ko�ci zosta�yby pochwycone i ci�ni�te w podwodnych kanionach kasyna, nad kt�rymi p�ywa nasza flota? Chciwe ofiar, corwino�erne wody nie da�y �adnej odpowiedzi, cho� poczu�em nag�e uk�ucie w boku.
      U szczytu schod�w wkroczy�em do widmowego miasta, jak kto� m�g�by wej�� do Amberu, wspi�wszy si� na stopnie, wiod�ce po zwr�conej ku morzu �cianie Kolviru.
      Opar�em si� o por�cz i spojrza�em na �wiat. Czarna droga bieg�a na po�udnie. Noc� nie mog�em jej dostrzec. Zreszt�, nie mia�o to znaczenia. Wiedzia�em ju�, dok�d zmierza. A raczej Brand mi powiedzia�, dok�d zmierza. A �e wykorzysta� ju� chyba wszystkie mo�liwe powody k�amstw, uzna�em, �e naprawd� wiem, dok�d prowadzi.
      Od pocz�tku do ko�ca.
      Z blasku Amberu, z pot�gi i porz�dku przyleg�ych cieni, poprzez coraz ciemniejsze warstwy obrazu, kt�re otaczaj� nas ze wszystkich stron, poprzez skr�cone krajobrazy i jeszcze dalej, poprzez miejsca widziane tylko w pijackich majaczeniach, gor�czce i koszmarnych snach... i dalej, poza miejsce, gdzie si� zatrzymuj�... Gdzie ja si� zatrzymuj�...
      Jak wyt�umaczy� prosto co�, co wcale nie jest proste?
      Trzeba chyba zacz�� od solipsyzmu - idei, �e nie istnieje nic pr�cz mnie, a przynajmniej �e niczego nie mo�emy by� w pe�ni �wiadomi, pr�cz w�asnego istnienia i postrzegania. Potrafi� odnale�� w Cieniu wszystko, co zdo�am sobie wyobrazi�. Ka�de z nas to potrafi. Ale to nie wykracza poza granice ego. Mo�na si� spiera�, i w istocie wi�kszo�� z nas tego pr�buje, �e sami stwarzamy cienie, kt�re odwiedzamy, konstruujemy je z budulca naszej psyche, �e tylko my istniejemy naprawd�, �e �wiaty, w kt�re wkraczamy, s� jedynie projekcj� naszych pragnie�.
      Nie wiem, czy te teorie odpowiadaj� prawdzie, ale w du�ej mierze wyja�niaj� nasz stosunek do ludzi, miejsc i przedmiot�w poza Amberem. Dok�adniej: jeste�my stw�rcami, a oni to nasze zabawki, czasem niebezpiecznie aktywne, to prawda, ale to tak�e stanowi cz�� gry.
      Jeste�my z temperamentu impresariami i siebie tak�e traktujemy odpowiednio. Wprawdzie solipsyzm sprawia pewne k�opoty, gdy stawia si� pytania natury etiologicznej, ale �atwo mo�na unikn�� tych problem�w zaprzeczaj�c wa�no�ci pyta�. Cz�sto obserwuj�, �e wi�kszo�� z nas prowadzi swoje sprawy w spos�b ca�kowicie pragmatyczny. Prawie...
      Jednak... jednak w ca�ym tym obrazie istnieje pewien niepokoj�cy element. S� miejsca, gdzie cienie szalej�...
      Je�li kto� �wiadomie przeciska si� przez kolejne warstwy Cienia, na ka�dym etapie rezygnuj�c - znowu �wiadomie - z cz�stki zrozumienia, dochodzi wreszcie do punktu, poza kt�ry nie mo�e si� posun��. Po co to robi�? Cho�by szukaj�c nowych do�wiadcze� albo nowej gry... Ale kiedy ten kto� ju� si� tam znajdzie, jak zdarzy�o si� to nam wszystkim, pojmuje, �e dotar� do granicy Cienia albo do granic samego siebie - zawsze uwa�ali�my, �e to synonimy. Teraz jednak...
      Teraz wiem, �e tak nie jest; teraz, gdy stoj� i czekam u Dworc�w Chaosu m�wi�c ci, jak to by�o, wiem, �e tak nie jest. Wiedzia�em jednak ju� wtedy, tamtej nocy w Tir-na Nog'th, wiedzia�em wcze�niej, gdy walczy�em z koziog�owym w Czarnym Kr�gu Lorraine, wiedzia�em owego dnia w latarni morskiej Cabry, po ucieczce z loch�w Amberu, gdy spojrza�em na zniszczon� dolin� Garnath... Wiedzia�em, �e jest co� wi�cej, �e czarna droga biegnie poza ten punkt. Prowadzi�a poprzez szale�stwo w chaos i wiod�a dalej. Stwory, jakie ni� pod��a�y, przybywa�y sk�d�, ale nie by�y moim dzie�em. Pomog�em im odnale�� przej�cie, ale nie pochodzi�y z mojej wersji rzeczywisto�ci. Nale�a�y do siebie, a mo�e do kogo� innego - to niewa�ne - i wybija�y dziury w ma�ej metafizyce, kt�r� tworzyli�my sobie przez wieki. Wkroczy�y do naszego rezerwatu, by�y w nim obce i zagra�a�y mu. Zagra�a�y nam. Fiona i Brand si�gn�li poza wszystko i znale�li co� tam, gdzie nikt nie wierzy�, by cokolwiek istnia�o. Gro�ba, jak� uwolnili by�a - na pewnym poziomie - niemal�e warta otrzymanych dowod�w: nie byli�my samotni, a cienie nie by�y zabawkami w naszych r�kach. I jakkolwiek odnosiliby�my si� do Cienia, ju� nigdy nie mog�em patrze� na niego w dawnym �wietle...
      Wszystko dlatego, �e czarna droga wiod�a na po�udnie i bieg�a poza kraniec �wiata, na kt�rym musia�em si� zatrzyma�.
      Cisza i srebro... Odchodz� od por�czy, wsparty na kiju, poprzez okryt� mg�ami, osnut� blaskiem materi� niepokoj�cego miasta... Duchy... Cienie cieni... Obrazy prawdopodobie�stwa.... Mo�liwo�ci spe�nione i nie spe�nione... Mo�liwo�ci utracone... i odzyskane...
      Przej�cie przez promenad�... Postacie, twarze, wiele znajomych... O co im chodzi? Trudno powiedzie�... Niekt�re wargi si� poruszaj�, niekt�re oblicza wykazuj� o�ywienie. Nie maj� dla mnie s��w. Przechodz� mi�dzy nimi nie zauwa�ony.
      Tam... Jedna z tych postaci... Samotna, lecz wyczekuj�ca... Palce rozpl�tuj� minuty, odrzucaj�c je w przestrze�... Twarz odwr�cona, a chcia�bym j� zobaczy� - to znak, �e zobacz� lub �e powinienem... Siedzi na kamiennej �awie pod s�katym pniem... Spogl�da w stron� pa�acu... Jej sylwetka wydaje si� znajoma... Zbli�am si� i widz�, �e to Lorraine... Nadal wpatruje si� w punkt daleko za moimi plecami; nie s�yszy, gdy m�wi�, �e pom�ci�em jej �mier�.
      Mam jednak moc, by by� tu us�yszanym... Tkwi w pochwie u mego boku.
      Dobywam Grayswandira, wznosz� go nad g�ow�, gdzie blask ksi�yca zdaje si� o�ywia� wyryte wzory. Wbijam go w ziemi� mi�dzy nami.
      - Corwinie!
      Ogl�da si� gwa�townie, a jej w�osy l�ni� czerwieni� w blasku ksi�yca. Jest zdziwiona.
      - Z kt�rej strony nadszed�e�? Nie spodziewa�am si� ciebie tak wcze�nie.
      - Czeka�a� na mnie?
      - Oczywi�cie. Tak, jak mi kaza�e�.
      - Jak si� tu znalaz�a�?
      - Na tej �awie...?
      - W tym mie�cie.
      - W Amberze? Nie rozumiem. Sam mnie przywioz�e�. Ja...
      - Jeste� tu szcz�liwa?
      - Wiesz, �e tak, p�ki jeste� ze mn�.
      Nie zapomnia�em jej r�wnych z�b�w, �ladu pieg�w pod jasn� woalk� sk�ry...
      - Co si� sta�o? To bardzo wa�ne. Przyjmij na chwil�, �e nie wiem, i opowiedz o wszystkim, co si� zdarzy�o po bitwie w Czarnym Kr�gu, Lorraine.
      Zmarszczy�a czo�o. Wsta�a. Odwr�ci�a si�.
      - Pok��cili�my si� - powiedzia�a. - Pojecha�e� za mn�, przep�dzi�e� Melkina i rozmawiali�my. Zrozumia�am, �e nie mia�am racji, i wr�ci�am z tob� do Avalonu. Tam tw�j brat, Benedykt, przekona� ci�, by� nawi�za� kontakt z Erykiem. Nie da�e� si� udobrucha�, ale co� ci powiedzia� i zgodzi�e� si� na zawieszenie broni. Przysi�g�, �e nie zrobi ci krzywdy, a ty przysi�g�e� broni� Amberu. Benedykt by� waszym �wiadkiem. Pozostali�my w Avalonie, p�ki nie otrzyma�e� jakich� chemikali�w, a potem ruszyli�my w jakie� dziwne miejsca, gdzie odebra�e� niezwyk�� bro�. Wygrali�my bitw�, ale Eryk le�y teraz, ranny - spojrza�a na mnie uwa�nie. - Chcesz zerwa� to zawieszenie broni? O to chodzi, Corwinie?
      Pokr�ci�em g�ow� i cho� wiedzia�em, �e to nierozs�dne, wyci�gn��em r�ce, by j� obj��. Chcia�em mie� j� przy sobie, mimo �e jedno z nas nie istnia�o, nie mog�o istnie�; a kiedy w�ska przestrze� mi�dzy naszymi cia�ami zostanie przekroczona, powiedzie� jej, �e cokolwiek si� zdarzy�o lub zdarzy...
      Wstrz�s nie by� zbyt silny, jednak straci�em r�wnowag�. Le�a�em na Grayswandirze, a m�j kij potoczy� si� na bok. Podnosz�c si� na kolana widzia�em, jak kolor znika z jej twarzy, jej oczu, jej w�os�w. Wargi porusza�y si� wypowiadaj�c widmowe s�owa. Rozgl�da�a si�. Wsun��em Grayswandira do pochwy, chwyci�em kij i wsta�em. Spojrzenie Lorraine przenikn�o przeze mnie, u�miech rozja�ni� jej twarz. Post�pi�a o krok. Odsun��em si� i patrzy�em, jak podbiega do m�czyzny, kt�ry w�a�nie si� zbli�y�, jak pada mu w ramiona. Dostrzeg�em jego twarz, gdy pochyla� si� do poca�unku... szcz�ciarz z tego upiora, ze srebrn� r� u szyi... ca�owa� j�, ten cz�owiek, kt�rego nigdy nie poznam... srebro w�r�d ciszy i srebro...
      Odchodz�, nie ogl�daj�c si�... Id� promenad�...
      G�os Randoma:
      - Corwinie, wszystko w porz�dku?
      - Tak.
      - Znalaz�e� co� ciekawego?
      - P�niej, Randomie.
      - Przepraszam.
      I nagle l�ni�ce stopnie przed terenem pa�acu... W g�ry i na prawo... Teraz powoli i spokojnie, do ogrodu.. Widmowe kwiaty pulsuj� wok�, widmowe krzewy wypuszczaj� p�ki podobne do zamro�onych fajerwerk�w... Sans kolor, wszystkie... Naszkicowane tylko, stopniami intensywno�ci blasku przyci�gaj� wzrok. Tylko szkice mog� tu istnie�. Czy Tir-na Nog'th jest specyficzn� sfer� Cienia w rzeczywistym �wiecie, poruszan� impulsami id! Pe�nowymiarowym testem skojarzeniowym na niebie, mo�e nawet systemem terapeutycznym? Je�li to fragment duszy, to mimo blasku srebra noc jest bardzo ciemna... I cicha...
      Id�... Mijam fontanny, �aweczki, gaje, ma�e altany ukryte w labiryntach �ywop�otu... Mijam alejki, czasem kilka schodk�w, przekraczam mostki... Przechodz� obok staw�w, w�r�d drzew, starych rze�b, z rzadka jakiego� g�azu, zegara s�onecznego (czy tutaj nazywa si�: ksi�ycowy?
      Kieruj� si� na prawo, po pewnym czasie okr��am p�nocne skrzyd�o pa�acu, skr�cam w lewo, na dziedziniec, nad kt�rym zwieszaj� si� balkony. Na nich kolejne widma, a ponad nimi, za nimi, we wn�trzu...
      Przechodz� na ty�y, tylko po to, by obejrze� znowu t� cz�� ogrodu, gdy� jest pi�kna pod normalnym ksi�ycem w prawdziwym Amberze.
      Kilka postaci... Stoj�, rozmawiaj�... Opr�cz mnie nic si� tu nic porusza.
      I czuj�, �e co� mnie ci�gnie w prawo. Nie nale�y odrzuca� darmowych przepowiedni, wi�c id�. Ku g�szczom wysokiego �ywop�otu i niewielkiej polance wewn�trz, je�li jeszcze nie zaros�a... Dawno temu by�o tam...
      Dwie postacie przytulone do siebie. Odst�puj� w chwili, gdy zaczynam si� odwraca�. Nie moja sprawa, ale... Deirdre... Jedn� z nich jest Deirdre... Wiem, kim b�dzie m�czyzna, zanim si� jeszcze obejrzy. To okrutny �art owych si�, kt�re rz�dz� tym srebrem i t� cisz�... W ty�, w ty�, dalej od tego �ywop�otu... Biegn�, potykam si�, wstaj�, id� dalej, szybko...
      G�os Randoma:
      - Corwinie! Nic ci si� nie sta�o?
      - P�niej, do diab�a! P�niej!
      - Wsch�d s�o�ca ju� nied�ugo, Corwinie. Pomy�la�em, �e ci przypomn�...
      - Uznaj, �e przypomnia�e�.
      Szybciej... Czas tak�e jest snem w Tir-na Nog'th. Niewielka to pociecha, lecz lepsza ni� �adna. Szybko, dalej, dalej...
      Do pa�acu, jasnej konstrukcji umys�u albo ducha, wznosz�cej si� wyra�niej ni� w realnym �wiecie... Os�dza� perfekcj�, to jak wydawa� werdykt bez warto�ci, musz� jednak zobaczy�, co si� dzieje wewn�trz... To pewnie ostatni etap podr�y, gdy� popycha mnie tam jaka� si�a. Nie zatrzyma�em si�, by podnie�� sw�j kij z miejsca, w kt�rym raz jeszcze upad�em w�r�d migotliwych traw. Wiem, gdzie musz� i��, co robi�. Teraz to oczywiste, cho� kieruj�ca mn� logika nie jest logik� czuwaj�cego umys�u.
      Przyspieszam, wspinam si� ku tylnej bramie... Znowu uk�ucie w boku... Przez pr�g, do wn�trza...W nieobecno�� �wiat�a gwiazd i ksi�yca. Bezkierunkowa iluminacja zdaje si� p�yn�� bez celu i gromadzi� w ka�u�e. Je�li pominie jakie� miejsce, cienie staj� si� nieprzeniknione, okrywaj�c fragmenty komnat, korytarzy, kom�rek i schod�w.
      Mi�dzy nimi, poprzez nie, niemal biegiem... Monochromy mego domu... Ogarnia mnie l�k... Czarne plamy wygl�daj� jak dziury wybite w rzeczywisto�ci... Boj� si� podchodzi� zbyt blisko, zapa�� si� i zatraci�...
      Obr�t... Przej�cie... Wreszcie... Wkraczam... Sala tronowa... Beczki mroku ustawione tam, gdzie bieg�yby linie mego wzroku, gdybym patrzy� na tron...
      Dostrzegam jednak jaki� ruch. I zawirowanie po prawej stronie, gdy id� naprz�d. Wraz z zawirowaniem, unosi si� zas�ona.
      W polu widzenia pojawiaj� si� buty na nogach; pr�c naprz�d zbli�am si� do centrum.
      Grayswandir wskakuje mi do r�ki, znajduje drog� do plamy �wiat�a, wzmacnia jej zwodniczy, zmiennokszta�tny blask, zyskuje w�asne l�nienie...
      Stawiam lew� stop� na pierwszym stopniu, opieram lew� d�o� na kolanie. B�l mojej rany rozprasza, ale da si� wytrzyma�. Czekam, a� czer� i pustka unios� si�, jak kurtyna teatru, w kt�rym tej nocy mam wyst�pi�. Odsuwa si� w bok, ods�aniaj�c r�k�, rami� i l�ni�cy, metaliczny przedmiot, o �ciankach jak szlif klejnotu, niesamowity splot srebrnych kabli nakrapianych punktami ognia w miejscu nadgarstka i �okcia - to d�o�, stylizowana, szkieletowa, jak szwajcarska zabawka, mechaniczny owad, funkcjonalny i �miertelnie gro�ny, pi�kny na sw�j spos�b...
      Kurtyna odsuwa si�, ods�aniaj�c reszt� cia�a m�czyzny... Benedykt stoi swobodnie obok tronu, opieraj�c o niego swoj� lew�, ludzk�, d�o�. Pochyla si�. Jego wargi si� poruszaj�.
      Kurtyna odsuwa si� dalej, ukazuj�c siedz�c� na tronie...
      - Dara!
      Zwr�cona w prawo u�miecha si� do Benedykta, kiwa g�ow�, m�wi co�. Podchodz� bli�ej i wysuwam Grayswandira, a� jego ostrze wspiera si� lekko o wg��bienie pod jej mostkiem...
      Wolno, bardzo wolno odwraca g�ow� i patrzy mi w oczy. Nabiera barw i �ycia. Wargi poruszaj� si� znowu, ale tym razem s�owa docieraj� do mych uszu.
      - Czym jeste�?
      - Nie. To moje pytanie. Odpowiedz. Ju�.
      - Jestem Dara, Dara z Amberu. Kr�lowa Dara.
      Zasiadam na tym tronie prawem krwi i zwyci�zcy. Kim jeste�?
      - Corwin. Tak�e z Amberu. Nie ruszaj si�! Nie pyta�em, kim jeste�...
      - Corwin nie �yje od wielu stuleci. Widzia�am jego gr�b.
      - Pusty.
      - Nieprawda. Wewn�trz spoczywa jego cia�o.
      - Podaj sw�j rodow�d!
      Patrzy na prawo, gdzie wci�� stoi cie� Benedykta. Klinga b�yszczy w jego nowej d�oni, zdaje si� niemal jej przed�u�eniem, cho� trzyma j� swobodnie, jakby od niechcenia. Lewa d�o� spoczywa teraz na ramieniu Dary. Jego wzrok szuka mnie za r�koje�ci� Grayswandira. Bez skutku. Spogl�da wi�c na to, co mo�e zobaczy�: na ostrze. Rozpoznaje je...
      - Jestem prawnuczk� Benedykta i diablicy Litry, kt�r� kocha� i kt�r� potem zabi� - Benedykt krzywi si� bole�nie, lecz Dara m�wi dalej. - Nie zna�am jej. Moja matka i matka mojej matki przysz�y na �wiat w miejscu, gdzie czas p�ynie inaczej ni� w Amberze. Jestem pierwsz� z rodu, kt�ra posiada wszystkie atrybuty cz�owiecze�stwa. A ty, ksi��� Corwinie, jeste� tylko upiorem dawno minionej przesz�o�ci. Niebezpiecznym upiorem. Nie wiem, sk�d si� tu wzi��e�, ale pope�ni�e� b��d. Wracaj do swego grobu. Nie zak��caj spokoju �yj�cych.
      Moja d�o� dr�y lekko. Grayswandir odsuwa si� najwy�ej na centymetr, ale to wystarcza. Pchni�cie Benedykta nast�puje poni�ej mego progu percepcji. Jego nowe rami� przesuwa now� d�o� trzymaj�c� miecz, kt�ry odbija Grayswandira, a jego stare rami� porusza star� d�oni�, kt�ra chwytaj�c Dar� odci�ga j� przez por�cz tronu... Ta podprogowa wizja dociera do mnie chwil� p�niej, gdy odskakuj� rozcinaj�c powietrze, odzyskuj� r�wnowag� i odruchowo uderzam en garde... Walka dw�ch duch�w jest �mieszna. Tutaj jest tak�e nier�wna. On nie mo�e mnie dosi�gn��, podczas gdy Grayswandir...
      Ale nie! Puszcza Dar�, wykonuje obr�t i przerzuca miecz do drugiej r�ki, na moment z��czaj�c razem star� i now�. Przesuwa si� do tego, co - gdyby�my mieli zwyczajne cia�a - by�oby zwarciem corps a corps. Na chwil� tylko nasze gardy blokuj� si� nawzajem. Lecz ta chwila wystarcza...
      L�ni�ca, mechaniczna d�o� si�ga w prz�d - aparat z ksi�ycowego blasku i p�omienia, czerni i g�adkich p�aszczyzn, same k�ty, bez �adnych �uk�w, z lekko ugi�tymi palcami. Na d�oni srebrzysty, na wp� znajomy wz�r... Si�ga do przodu, si�ga ku mnie, chwyta mnie za gard�o...
      Chybia, palce zaciskaj� si� na mym ramieniu, zakrzywiony kciuk pr�buje si� wbi� w krta� czy obojczyk. Wyprowadzam cios z lewej na jego korpus, ale nic tam nie ma...
      G�os Randoma:
      - Corwinie! Za chwil� wzejdzie s�o�ce! Musisz wraca�!
      Nie mog� nawet odpowiedzie�. Jeszcze sekunda czy dwie, a ta d�o� wyrwie to, co chwyci�a. Ta d�o�... Grayswandir i ta d�o�, dziwnie do siebie podobne, to jedyne przedmioty wsp�istniej�ce w moim �wiecie i mie�cie duch�w...
      - Widz�, Corwinie! Wyrwij si� i si�gnij do mnie! Atut...
      Uwalniam Grayswandira z blokady, zataczam kr�g, prowadz� ci�cie w d�...
      Jedynie duch m�g�by pokona� Benedykta czy ducha Benedykta, takim manewrem. Stoimy zbyt blisko siebie, by odbi� moj� kling�, ale jego idealnie wyprowadzona riposta odci�aby mi rami�, gdyby istnia�o rami�, w kt�re trafi�oby ostrze...
      Ale nie ma go, wi�c ko�cz� ci�cie, z pe�n� si�� uderzaj�c w to �miertelnie gro�ne urz�dzenie z ksi�ycowego �wiat�a i p�omieni, czerni i g�adkich p�aszczyzn, tu� poni�ej miejsca, gdzie ��czy si� z jego cia�em.
      Czuj� b�l w ramieniu, r�ka Benedykta odpada i nieruchomieje... Padamy obaj.
      - Wstawaj! Na jednoro�ca, Corwinie, podnie� si�! Wschodzi s�o�ce! To miasto rozpadnie si� wok� ciebie! Pod�oga ko�ysze si� i staje si� mgli�cie przejrzysta. Dostrzegam obszar wody pokrytej �uskami �wiat�a. Przetaczam si� i podnosz�, ledwie unikaj�c ataku widma, pr�buj�cego odzyska� r�k�, kt�r� utraci�o. Zwisa mi z ramienia jak martwy paso�yt, a rana znowu zaczyna bole�...
      Nagle staj� si� ci�ki, a wizja oceanu nie znika. Zaczynam si� zapada�. �wiat odzyskuje kolor i sun� faliste pasy r�u. Gardz�ca Corwinem pod�oga rozst�puje si�, rozwieraj�c corwinob�jcz� otch�a�...
      Spadam...
      - Tutaj, Corwinie! Teraz!
      Random stoi na szczycie i si�ga ku mnie. Wyci�gam r�k�...



Strona g��wna     Indeks